Czas politycznej poprawności mija? Prof. Żaryn: To odchodząca do historii kompromitacja

Czas politycznej poprawności mija? Prof. Żaryn: To odchodząca do historii kompromitacja

Węgry stały się kolejnym państwem, po Polsce, wobec którego uruchomiono art. 7 traktatów unijnych i trwa cały czas polityczny i medialny ostrzał wobec nas i naszego ,,bratanka”. Co z tego wyniknie dla Węgier, a co dla Polski?

Ta sama droga czeka Węgrów, co i nas. Przede wszystkim trzeba pogratulować Węgrom determinacji w obronie suwerenności własnego konceptu, dotyczącego uprawiania polityki, zgodnie z interesami narodu węgierskiego i przy zdecydowanej akceptacji narodu węgierskiego. To powinno być wystarczającym argumentem dla biurokratów unijnych, by nie mieszać się w wewnętrzne sprawy obcego państwa i narodu, jako przysłowiowe piąte koło u wozu, destabilizujące ten marsz Węgrów, ku – i nowoczesności, i ku podtrzymywaniu tożsamości węgierskiej, i w załatwianiu problemów – w tym przypadku związanych z powstrzymywaniem fali uchodźców – wedle przez siebie skonstruowanej koncepcji. 

UE zamiast pomagać krajom, by rosły w siłę będąc w tej wspólnocie, coraz częściej staje się przeszkodą…

Unia Europejska lubi być tym piątym kołem u wozu, i taką podtrzymuje definicję swojej sensowności istnienia w naszej części Europy, co oczywiście – prędzej czy później musi zakończyć się tym, że w nowych, mam nadzieję, wyborach do Europarlamentu zaczną wygrywać partie i siły, które tych komisarzy poślą na zasłużony odpoczynek. Jest nadzieja, że zacznie się epoka tworzenia nowej wspólnoty europejskiej, opartej na równym i podmiotowym traktowaniu starych i nowych członków UE, parlamentarzystów odwołujących się właśnie do tej naszej, europejskiej ojczyzny ojczyzn. 

Oby tak było, zobaczymy, bo walka jest oczywiście twarda, ale i postawa Polski i Węgier świadczy o tym, że to minimum solidarności Europy Środkowej, też jest oczywiście wartością i na pewno ta wartość została zauważona, niezależnie od tego, czy się to komuś podoba, czy nie. Stąd próby, np. Niemiec odwołujących się do swej polityki Mitteleuropy, czyli dezintegracji państw regionu, by być w nim jedynym arbitrem. 

Jak Pana zdaniem wytłumaczyć to, że europosłowie PO systematycznie głosowali najpierw za art. 7 wobec Polski, a teraz dali pokaz niechęci wobec Węgier i również stanęli przeciw nim. Z czego to wynika?

No tak, tu nakładają się podwójne standardy, które malują się w umysłach tzw. elit europejskich. Jedni za wszelką cenę chcą być w tychże elitach i być do nich zaliczeni, kosztem interesów wspólnot narodowych, a drudzy – czyli my, widzimy w narodach ten olbrzymi potencjał tożsamości europejskiej i szanujemy ich odrębność i specyfikę. Polacy wcale nie żądają, my przynajmniej, czyli nasza orientacja, żeby Węgrzy stali się Polakami na wzór i podobieństwo jakiegoś wymyślonego, elitarnego społeczeństwa europejskiego, tylko będziemy się cieszyć, że Węgrzy pozostaną Węgrami ze swoją tradycją, ze swoją miłością do ojczyzny, tak samo jak my chcemy być przywiązani do polskości. Natomiast ten kosmopolityzm elit, które próbują się wywyższać, przez tuby propagandowe, jakimi są instytucje unijne, staje się dziś atrakcyjną i wiodącą ofertą, bo władza w strukturach unijnych należy do tych wyzwolonych z okowów własnych społeczeństw i ich potrzeb. 

Czyli są daleko od naszych problemów, ale i wartości, trosk – i jak Pan powiedział – wyzwolili się z okowów własnych społeczeństw – ale chyba niektórzy wypadli nawet poza orbitę przyzwoitości.

Te elity zaczynają żyć coraz bardziej życiem osobnym, w którym pewnie odnajdują się ekipy liberalno-lewicowe, kosmopolityczne – polskie z niemieckimi, czy np. z holenderskimi – znajdują sobie wspólną płaszczyznę porozumienia intelektualnego na bazie neomarksizmu czy genderyzmu, czy jakiejkolwiek innej wymyślonej doktryny, zajmującej umysły tak mocno, że patriotyzm staje się dla nich zmorą, czy jakąś słabością, patologią genetyczną – no, taki wybór, co zrobić… Wolny kraj i wolna Europa. Oczywiście taka postawa europejskich elit nie ma nic wspólnego z demokracją, jest jej zaprzeczeniem. Bo UE jest strukturą wymyśloną, a nie naturalną jak rodzina i naród, a więc nie może natury gwałcić i ją podporządkowywać swoim wyobrażeniom.

Wolna Europa, jednak Unia nakłada coraz więcej jarzm na kraje zrzeszone, więc warto postawić pytanie, czy gdy finalnie odbiorą nam głos w PE, nałożą na nas i na Węgry sankcje – czy to nie zniechęci Polaków i Węgrów do UE?

Myślę, że nie będzie to proces taki łatwy do wykonania, a straszenie takim scenariuszem jest na razie wpisane w to, co się właśnie dzieje. Myślę jednak, że to zastraszenie nie jest wystarczające, żebyśmy dali się namówić na zmianę frontu i ulegli szantażowi. Gabinet Morawieckiego stoi na solidnym fundamencie akceptacji społecznej. Nie sądzę, żeby szantaż unijny wsparty przez opozycję był dla nas Polaków skutecznym orężem, jeśli chodzi o prowadzenie polityki przez Polskę i Węgry, natomiast oczywiście – wykluczyć tego scenariusza nie można. Zobaczymy, bo lata wyborów przed nami.

Jakie dostrzega Pan dobre strony naszej obecności w Unii?

Dziś wiemy na pewno, jako nasza formacja reprezentująca znaczny popular course, i widzimy potencjalną, olbrzymią korzyść z faktu, że istnieje Unia Europejska, i to nie chodzi tylko o korzyści materialne, dotacje unijne itd., ale jest to niewątpliwie ważna płaszczyzna porozumiewania się między narodami  w kwestiach wartości, w kwestiach dotyczących wspólnego dziedzictwa, ale też rozwiązań prawnych, także – rzecz jasna – w obrębie szukania wspólnej definicji, choć nie jest to łatwe – praw człowieka i obywatela. My rozumiemy je po chrześcijańsku, a nie w zgodnie z wytycznymi rewolucji francuskiej z 1789 r. Bo oczywiście my też jesteśmy zwolennikami podtrzymywania w przestrzeni publicznej tych praw, w PRL ich popularyzatorem był jednak Kościół hierarchiczny, a nie marksistowska partia; taką mamy historię. Nie rozumiemy ich w wersji liberalnej, tylko bardziej w wersji chrześcijańsko-konserwatywnej. 

Czy jednak te prawa nie są, mimo pięknych słów i zapisów w kolejnych dyrektywach, coraz mniejsze?

Ale jednak jest dialog, dyskusja o imponderabiliach cywilizacyjnych, dotyczących naszego kręgu europejskiego, kulturowego i jest on możliwy do prowadzenia właśnie za sprawą istnienia Unii Europejskiej. Podobnie jak wielką wartością Unii Europejskiej jest to, że nie mamy stałych i różnorakich wojen na płaszczyźnie gospodarczej, handlowej, na płaszczyźnie kulturowej, ideologicznej… 

Ale mamy wojny podjazdowe przekupnych, nielojalnych polityków, zdrajców różnego kalibru.

Ale na szczęście te wszystkie wojny są właśnie ,,w języku Unii Europejskiej” – czyli na szczęście bez militarnych środków i rozwiązań, i to jest olbrzymia wartość tej instytucji. Tak, że myślę, iż Polacy instynktownie, choć nie tylko instynktownie, i w zdecydowanej większości o tym wiedzą i ten język konfrontacji i walki akceptują. Nasza historia też nam podpowiada, że taka instytucja, w której konieczne – jak widać – wojny i spory, od których się człowiek nie może odseparować i skoro muszą się toczyć, np. o Nord Stream 2, no to – zdecydowanie lepiej, żeby toczyły się w takim konstrukcie europejskim niż w niegdysiejszej, tradycyjnej formie. Tradycyjnej, czyli za pomocą zbrojenia, ludobójstwa, przesuwania granic i wypędzania ludzi.

Czyli jest to taka wojna z używaniem obłudnej poprawności politycznej; a kto się próbuje od tego alienować, tak jak Polska i Węgry – ten się Unii Europejskiej nie podoba? 

Zgadza się, to znaczy wydaje mi się, że czas poprawności politycznej minął. To już jest powoli odchodząca do historii kompromitacja intelektualno-ideologiczna, i tak dużo jest w Europie samej ośrodków, środowisk, struktur takiego archipelagu wolności, że nie da się poprawnością polityczną stłumić tego archipelagu. Prawda staje się ponownie wartością i potrzebą w komunikacji, choćby wobec rzeczywistego zagrożenia, jakie przyniosły Europie fale uchodźców.

W różnych portalach, blogach – ostatnio skandynawskich, w związku z wyborami w Szwecji Polska, i Węgry są chwalone za nieuginanie się przed polityką multi-kulti i lewicowymi naciskami, mają nas za wzór.

Myślę, że to zjawisko, o którym pani mówi, jest dostrzegane w wielu narodach, podobnie widzę to i słyszę o tym wśród Włochów, Francuzów, także Anglików, którzy obecnie są już w ramach innych oczywiście problemów, brexitowych, niż my, ale są bardzo bliscy często nam, Polakom. Na marginesie, to już nie jest to doświadczenie wyspiarskie, zdominowane przez ewentualnie negatywny stereotyp polskiego emigranta, bo i ta emigracja polska jest już zdecydowanie bardzo pozytywnie wpisująca się w terytorium i tradycję brytyjską – znamy już język angielski i szanujemy zastany tam porządek i tradycję. Wracając do pani pytania: my mamy bardzo dużo sojuszników. Tylko nasi zachodni sojusznicy nie są w tym ,,archipelagu” – używając słów profesora Andrzeja Zybertowicza – jeszcze może tak mocno zinstytucjonalizowani i tak bogaci w narzędzia jak my w Polsce, gdzie jest rząd i prezydent z właściwą wrażliwością; tak silni np. poprzez siłę mediów jak strona przeciwna, lewicowo-liberalna – ale to wszystko jest zmienne, więc ja jestem optymistą. 

Źródło: http://niezalezna.pl/236098-czas-politycznej-poprawnosci-mija-prof-zaryn-to-odchodzaca-do-historii-kompromitacja