O brutalnym nacjonalizmie – prof. Jacek Bartyzel

O brutalnym nacjonalizmie – prof. Jacek Bartyzel

Nie chcę wymieniać tu nazwisk, bo nie o to chodzi, ale znam szereg działaczy czy to Ruchu Narodowego, czy to Młodzieży Wszechpolskiej, czy to ONR, rozmawiam z nimi, miewam dla nich prelekcje i widzę nie żadnych prymitywów, tylko ludzi wyedukowanych lub edukujących się, oczytanych, chłonnych, myślących poważnie o Polsce.
 

Kilka osób (pp. Filip Memches, Maciej Gawlikowski, Magdalena Kawalec) dyskutujących pod moim wczorajszym wpisem o wypowiedzi prof. Jadwigi Staniszkis o „nacjonalistycznych lumpach”), wzięło ją – jak zrozumiałem w obronę, prezentując pogląd, który można sprowadzić do przeciwstawienia dobrych, kulturalnych i mających elegancki „sznyt” nacjonalistów (narodowców) przedwojennych, wytrzebionych niestety przez obu okupantów, złym i lumpiarskim nacjonalistom współczesnym. Jako ktoś, kto nigdy nie był „endekiem” i takowego nie próbował udawać, ale mając wiele szacunku i sympatii dla polskich narodowców, zwłaszcza w dojrzałym, narodowo-katolickim kształcie ich doktryny, oraz traktując ich jako najbardziej naturalnych sojuszników dla tradycyjnego konserwatyzmu, uważam, że pogląd ten (zresztą nienowy) jest z gruntu fałszywy, opiera się na idealizacjach pozytywnych i negatywnych zarazem.

Naprzód, obraz przedwojennego nacjonalizmu (przez co rozumiem nie tylko SN i narodowo-radykalne i inne grupy rozłamowe, ponieważ nacjonalizm jako doktryna, ideologia czy niekiedy nawet światopogląd jest pojęciem szerszym niż ruch czy obóz narodowy, wywodzący się z pnia „endeckiego”: byli przecież także nacjonaliści-monarchiści, neopogańscy Zadrużanie, „nacjonaliści legionowi” i inni) wyłącznie jako grona dobrze wychowanych dżentelmenów jest mistyfikacją. Już sam fakt, że Stronnictwo Narodowe było partią na ówczesne warunki masową, najliczniejszą w Polsce, i rzeczywiście „wszechstanową”, wyklucza taką możliwość. Oczywiście, kadrę działaczy ruchu narodowego stanowili wykształceni inteligenci: naukowcy, literaci, prawnicy, lekarze, przemysłowcy, studenci etc., w znacznej części pochodzenia ziemiańskiego, albo sami ziemianie, ale jeśli chodzi o szeregowych członków to było już inaczej, bo był tam element drobnomieszczański, chłopski, robotniczy, a nawet, nie ma co ukrywać, lumpenproletariacki. Jeśli zresztą chodzi o uczelnie wyższe, gdzie zwłaszcza w latach 30. narodowcy niemal je zdominowali, to znaczny ich odsetek był pochodzenia chłopskiego, ze wszystkimi narowami tego stanu, a przede wszystkim pewnym prymitywizmem po prostu. Nie ma co się nad tym szeroko rozwodzić, bo wystarczająco dużo i smakowicie piszą o tym wrogowie narodowców, ale nawet jeśli stronniczo przesadzają, to jest oczywiste, że brutalność i chamstwo były na porządku dziennym w bieżącej walce politycznej i to właśnie także na uczelniach, gdzie toczył się bój o numerus clausus i numerus nullus. Nawet jeśli miało to pewne uzasadnienie, to nic nie usprawiedliwia takiego zachowania, jak obnażanie się przed żydowskimi studentkami, żeby przesiadły się do „właściwej” ławki. Można jedynie zauważyć, że taki sam poziom brutalności charakteryzował nieomal wszystkie siły polityczne w II RP. Kastet, pałka, żyletki, noże (w wypadku bojówek żydowskich – długie noże do uboju rytualnego), a czasami i rewolwer, były czymś „naturalnym” dla bojówek socjalistycznych, komunistycznych, ludowych, ukraińskich i żydowskich, a jeśli chodzi o obóz władzy po 1926 r. to przemoc była zarówno zinstytucjonalizowana (Brześć, obóz w Berezie Kartuskiej, sądzenie za naruszenie czci Marszałka. pacyfikacje wsi, brutalne tłumienie strajków robotniczych i chłopskich), jak za pośrednictwem „nieznanych sprawców” katujących opozycyjnych polityków czy dziennikarzy. Trzeba powiedzieć jasno, że życie polityczne („kulturę polityczną”, co musi zabrzmieć oczywiście szyderczo) II RP charakteryzował bardzo wysoki poziom przemocy fizycznej jako metody rozwiązywania konfliktów oraz powszechnej tolerancji dla jej stosowania, a właściwie wcześniej i dłużej, bo polsko-polska wojna domowa zaczęła się już podczas rewolucji 1905 roku i trwała także po 1939. Lejąca się krew i chrzęst łamanych kości na ulicy, w bramie czy w gliniance były czymś „normalnym”. Nienawiść popychała do czynów krwawych wszystkich, choć przecież teoretycznie wszyscy – poza komunistami – uważali niepodległe państwo za wielkie i wspólne dobro. Jedynym wyjątkiem byli konserwatyści, ale może właśnie dlatego, że byli oni „generałami bez żołnierzy”, armią na papierze, złożoną z samych ziemian, profesorów i publicystów.
Jeszcze co się tyczy in concreto rodu Staniszkisów, to zauważyć trzeba, że Witold Staniszkis jr. był działaczem wysokiego szczebla RNR-Falangi, a więc formacji najbardziej radykalnej i w programie i w metodach działania. Nie mam pojęcia czy sam kogokolwiek kiedyś uderzył, ale jeśli był zastępcą samego wodza, czyli B. Piaseckiego, to nie mógł nie wiedzieć ani nie aprobować politycznego „stylu” tej grupy.

Z drugiej strony obraz współczesnego nacjonalizmu jest równie stronniczo przyczerniony, bo choć oczywiście plącze się przy nim sporo prymitywnych typków o ogolonych łbach (nb. moda i symbolika typowo „postmodernistyczna”, nie mająca nic wspólnego z przedwojennymi narodowcami, ani zresztą również z historycznymi nazistami), to jednak nawet prawdziwe bądź przypisywane im ekscesy to są delikatne zabawy w porównaniu z tym, co, jak wyżej wspomniano, działo się przed wojną. Nie chcę wymieniać tu nazwisk, bo nie o to chodzi, ale znam szereg działaczy czy to Ruchu Narodowego, czy to Młodzieży Wszechpolskiej, czy to ONR, rozmawiam z nimi, miewam dla nich prelekcje i widzę nie żadnych prymitywów, tylko ludzi wyedukowanych lub edukujących się, oczytanych, chłonnych, myślących poważnie o Polsce. Czytam także dość regularnie „Politykę Narodową”, „Magna Polonia”, portale narodowców i znajduję przemyślenia ciekawe, co nie znaczy, że zawsze się z nimi zgadzam. Nie mogę też nie zauważyć, że nacjonaliści stanowią pokaźną część ruchu tradycjonalistycznego w Kościele, a nawet monarchistycznego, co mogę im poczytać tylko na plus.

Moi oponenci podnoszą też kwestię zepsucia obyczajów i plebeizacji pokoleń urodzonych i wychowanych pod komunizmem. Proszę wybaczyć, ale są to popłuczyny po znanej tezie prof. Legutki z jego eseju o duszy polskiej. Tezy zasadniczo trafnej, tylko że nie może ona dotyczyć wyłącznie nacjonalistów, lecz odnosi się do wszystkich nas, mających nieszczęście urodzić się w PRL. Sam z zazdrością patrzyłem na maniery tych osób z przedwojennych elit, które miałem szczęście poznać jeszcze w latach 70. i natychmiast wyczuwałem ów „sznyt”, tak kontrastujący z plebejską topornością codzienności. Ale czy to znaczy, że wszyscy powinniśmy zamilknąć, bo nie urodziliśmy się dworkach i nie słuchaliśmy wykładów przedwojennych profesorów?

Na koniec, moi dyskutanci nie zauważają jednej rzeczy: że prawdziwa różnica nie polega na kontraście między dobrze ułożonymi nacjonalistami z przedwojnia, a „lumpami” z dzisiejszej doby, tylko bierze się stąd, że zmienił się w potocznym języku status słowa „nacjonalizm”. Przed wojną było to normalne samookreślenie się polityczne, które ktoś mógł przyjmować lub nie, ale nikogo ono nie dziwiło, ani z założenia nie gorszyło. Dzisiaj natomiast słowo nacjonalizm stało się bad term, oskarżeniem, desygnacją wroga publicznego (hostis) i wykluczeniem. I to trzeba zmienić, przywrócić mu neutralny sens i status.

Źródło: http://mufti.polacy.eu.org/6084/o-brutalnym-nacjonalizmie/