Wygraliśmy ten bój o pamięć

Wygraliśmy ten bój o pamięć

Rozmowa z Janem Żarynem, profesorem historii, senatorem IX kadencji Sejmu RP

Był pan jedną z osób, które walczyły o ustanowienie Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych świętem państwowym.

Jako historyk i publicysta, a także działacz społeczny zajmowałem się Żołnierzami Wyklętymi od lat 90. Byłem redaktorem naczelnym pisma kombatantów NSZ pt. „Szaniec Chrobrego” i zdążyłem ich poznać – Michała Pobochę, Mirosława Ostromęckiego, Gustawa Potworowskiego i wielu, wielu innych. Wtedy, co dziś brzmi tragicznie, mimo że mogli legalnie tworzyć związki kombatanckie i wydawać pismo, nie czuli satysfakcji z odzyskanej niepodległości. Nadal ukrywali swoje przeżycia, a pytania historyków kojarzyły się im bardziej z okresem prokuratorskich i ubeckich przesłuchań. Atmosfera była wówczas zła. Ale na szczęście już wówczas było wielu historyków zainteresowanych tematem, z prof. Tomaszem Strzemboszem i jego uczniami na czele, był Leszek Żebrowski i inni, byli w Krakowie twórcy „Zeszytów WiN-u”, powstałych m.in.z inicjatywy Janusza Kurtyki, a także młodzi z Ligi Republikańskiej – wszyscy próbowaliśmy znaleźć z tym pokoleniem kontakt. W moim przypadku nie chodziło o ich uhonorowanie, ale przede wszystkim o zebranie relacji, o zdobycie wiedzy. Dopiero gdy powstał IPN, a faktycznie od roku 2000 Żołnierze Wyklęci stali się naszymi bohaterami: projektów naukowych, słowników biograficznych, wystaw czy spotkań edukacyjnych. Lista represjonowanych w latach 1944-1956 to był jeden z pierwszych centralnych projektów badawczych; także Krzysztof Szwagrzyk bardzo szybko wyniki badań naukowych przemienił – we Wrocławiu – w poszukiwanie szczątków pomordowanych na Cmentarzu Osobowickim. Bez wątpienia pracownicy IPN mogą mieć satysfakcję, szczególnie ci, którzy tworzyli oblicze tej instytucji, że udało się Wyklętych wprowadzić do świadomości Polaków jako naszych bohaterów, odkryć przed opinią publiczną tajemnicę ich życia i śmierci.

Inicjatywę uchwalenia tego dnia zapoczątkował śp. prezydent Lech Kaczyński. Po jego śmierci proces ten kontynuował prezydent Bronisław Komorowski, jednak już chyba bez tak mocnych chęci, jakie miał poprzednik. Jak pan to ocenia?

Główną rolę w ustanowieniu Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych odegrali śp. Lech Kaczyński i śp. Janusz Kurtyka. To oni w pierwszym rzędzie zrozumieli, że obowiązkiem niepodległej jest uhonorowanie tych, którzy na jej rzecz pracowali, aż do utraty życia. Tej logiki rozumienia zadania najwyższych urzędników państwa zabrakło, moim zdaniem, ich następcom. Prezydent Komorowski uszanował wolę swego poprzednika i oczywiście chwała mu za to. Jednak cała ekipa PO wróciła niejako do klimatu lat 90., kiedy to „Gazeta Wyborcza” i światła Unia Demokratyczna (Wolności) śmiała nam odbierać moralne prawo do honorowania bohaterów, oskarżając nosicieli postaw patriotycznych o wszelkie możliwe -izmy, z szowinizmem i antysemityzmem na czele. Lata rządów PO, paradoksalnie, wytworzyły w środowiskach społeczników i młodzieży potrzebę dawania świadectwa. Jako Społeczny Komitet Obchodów NDPŻW w stolicy i w powiatach sąsiedzkich, którego od 2011 r. jestem przewodniczącym, zjednoczyliśmy wiele środowisk uczestniczących w obchodach 1 marca pod wspólnym hasłem: „Podziemna Armia Powraca”. Dziś mówimy – „powróciła”. Wygraliśmy ten bój o pamięć.

1 marca stanie się – bądź już stał się – świętem na miarę 15 Sierpnia czy 11 Listopada?

Tak mówiłem w zeszłym roku 1 marca przed Grobem Nieznanego Żołnierza, podczas uroczystości centralnych – pierwszy raz z udziałem nowo wybranego prezydenta RP Andrzeja Dudy – że ten dzień wszedł do kalendarza najważniejszych naszych świąt narodowych. I tak się dzieje; biorąc pod uwagę ten krótki czas, który upłynął od lat próby zniwelowania i ośmieszenia, ba, wręcz zohydzenia, naszej niedawnej historii, do dziś, gdy chodzimy 1 marca z portretami „Inki”, patronki ulic, szkół i skwerów, to widać, jak szybko Polacy przemienili się na lepsze.To proces niezwykły!

Jeszcze kilka lat temu pseudonimy “Inka”, “Zagończyk” czy “Łupaszka” niewiele mówiły przeciętnemu Polakowi. Skąd, według pana, ten wysyp wydarzeń i nagłe zainteresowanie ludzi tematem żołnierzy wyklętych?

Jesteśmy narodem historycznym, czyli szukającym także w przeszłości przykładów dobrze spędzonego życia, potrzebujemy być dumnymi, by żyć w polskości, by nie odwracać się od niej, bo wiemy dziś – w odróżnieniu od naszej samowiedzy z lat 90. – że tzw. świat Zachodu nie da nam, tak jak da nasza historia, odpowiedzi na pytanie: jak żyć, dokąd zmierzać i po co żyć? Okazało się, że pokolenie Solidarności – znacząca część ich przywódców – po 1989 r. rozmieniło na drobne swój kapitał, zwany autorytetem. Młodzi znaleźli w pokoleniu Wyklętych, Niezłomnych tych, którzy nie zdradzili swoich przekonań, swojej przysięgi, Boga i ojczyzny. A my chcemy dziś, przecież nikt temu oficjalnie nie zaprzeczy, być lepszymi, a nie sięgać bruku.

Swoją pracę w temacie przywrócenia godności żołnierzom wyklętym wykonał i wciąż wykonuje IPN, poszukując ich szczątków. W ostatnim czasie słyszymy jednak o konflikcie w Instytucie. Czy to może, według pana, utrudnić dalsze poszukiwania ofiar komunistów?

Uważam, że IPN ma dziś najlepsze warunki do prowadzenia badań dotyczących identyfikacji szczątków naszych bohaterów; ma pieniądze i ma prof. Krzysztofa Szwagrzyka, który wreszcie może zatrudnić ludzi i nie obijać się stale o zewnętrzne przeszkody. Jak widać, wtedy jednak powstają przeszkody wewnętrzne. Nie byłem miłośnikiem ich ujawniania, w jakiejkolwiek formie (w tym groźby dymisji), ale rozumiem, że gdzieś temperatura sporu nie pozwoliła na utrzymanie emocji w ryzach. To źle! Cały czas liczę na to, że osoby, które podjęły się kierowania IPN (prezes, jego zastępcy i Kolegium), stać na rozwiązanie konfliktu za pomocą procedur i rozmów gabinetowych. Jestem dziś także, jako senator RP, politykiem, czyli ostatnią osobą, która powinna mówić więcej, niż co wyżej powiedziałem. Politycy mogą jedynie zaszkodzić, bo argumenty obydwu stron (czy też kilku stron) są merytoryczne, a nie polityczne. I tylko wtedy zostaną rozwiązane.

Choć żołnierze wyklęci odzyskują swoją godność, to wciąż pojawiają się głosy, że część z nich jest odpowiedzialna za mordy Żydów i nazywa się ich antysemitami. Jak wygląda to z punktu widzenia historyka?

Z punktu widzenia historyka jest oczywiste, że postawom heroicznym towarzyszy bandytyzm, błąd czy głupota, emocja. Dotyczy to także AK czy NSZ. Życie w konspiracji od 1939 r. nie chroniło od błędów, jak np. decyzji o odwetowych atakach, by uchronić cywilną ludność polską przed masowymi mordami, dokonywanymi przez Niemców, czy oddziały kolaboranckie Ukraińców lub Litwinów. Przypomnę, że mordowani nieludzko Żydzi w latach zagłady dopominali się – i nikt im tego nie zarzuca – by lotnictwo alianckie zbombardowało miasta niemieckie, zabijając ich mieszkańców. Tylko to, jak wierzono (i słusznie, jak się okazało) mogłoby powstrzymać kierownictwo III Rzeszy przed kontynuowaniem holokaustu. Wojna to czas, w którym trzeba się zmierzyć z wyjątkowymi wyborami. I możemy prowadzić debatę na temat zachowania się „Łupaszki”, Burego”, jego podkomendnych itd. Czy będąc przed dramatycznymi wyborami nie zrobili błędu? Czy nie przekroczyli granicy prowadzenia wojny sprawiedliwej? Natomiast co innego, gdy z powodów ideologicznych do opinii publicznej wprowadza się kłamstwa na temat udziału podziemia, w czasie wojny i po niej, w mordowaniu Żydów. Już nie chce mi się w kółko tłumaczyć, ale widać trzeba… że jeśli po wojnie znaczna część kierownictwa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (ponad 40%) była pochodzenia żydowskiego, że kiedy znaczna część propagandystów z Jerzym Borejszą, czy cenzorów, była pochodzenia żydowskiego, także kierownictwa sowieckiego PPR, z Bermanem, Zambrowskim i Mincem, to trudno, żeby niepodległościowcy polscy ich szczególnie szanowali tylko dlatego, że byli Żydami. Walczono z komunistami niezależnie od ich przynależności rasowo-narodowej, więc ginęli z ich rąk także ubecy i enkawudziści pochodzenia żydowskiego. Niestety, oficjalnie stanowisko środowisk żydowskich z Centralnym Komitetem Żydów w Polsce na czele, gdzie przeważali syjoniści, było antypolskie – z punktu widzenia naszych wojenno-powojennych aspiracji niepodległościowych. Jak słusznie powiedział w 1946 r. prymas August Hlond amerykańskim dziennikarzom (polskim, rzecz jasna, nie mógł, bo i tak nie mogliby tego wydrukować), że w czasie wojny stosunki polsko-żydowskie w obliczu zagłady były dobre, ale po wojnie zaczęły się psuć także z winy Żydów. Jak ktoś rządzi jak okupant lub nie czuje wrażliwości znaczącej części populacji, to trudno, by żądał jedynie wdzięczności i zrozumienia swoich racji, w tym cierpień.

Proces przywracania publicznej pamięci żołnierzom podziemia rozpoczął Lech Wałęsa, który w 1995 r. przyznał Order Orła Białego Stefanowi Korbońskiemu. Jak należy ocenić to działanie w świetle ostatnich materiałów o współpracy byłego prezydenta z SB?

Stefan Korboński został odznaczony za cały swój życiorys, za lata okupacji, gdy stał na czele Kierownictwa Walki Cywilnej z okupantem niemieckim, za lata powojenne, gdy u boku Stanisława Mikołajczyka bezskutecznie próbował ratować, co się da (przy bezkarności komunistów, którzy mordowali patriotów i sfałszowali wybory w styczniu 1947 r., było to niemożliwe), w końcu za lata na emigracji w USA, gdzie m.in. pisał prawdę o polskich dziejach, gdzie wspierał Solidarność i nasze dążenia wybicia się na państwo demokratyczne. Prezydent Wałęsa nie był komunistą, a człowiekiem Solidarności; dziwne by było, gdyby nie chciał uhonorować Korbońskiego. Natomiast w latach swej prezydentury Wałęsa podjął decyzję, której skutki dźwiga do dziś – zaczął zakłamywać prawdę o swojej współpracy z SB w latach 1970-1974. Nie wystarczyło kłamać, musiał dalej niszczyć dowody w sprawie, rzucać kalumnie na instytucje (IPN) i ludzi, którzy utrudniali mu życie w permanentnym, publicznym kłamstwie.

Czy można uznać, że walka o godność żołnierzy wyklętych została wygrana, czy wciąż trzeba o nią walczyć?

Godności nikt im nie odebrał; to my ją sobie przywróciliśmy – jak ładnie o tym mówił prezydent RP podczas pogrzebu „Inki” i „Zagończyka”. To my staliśmy się godniejsi, by być Polakami, ich kontynuatorami. Mamy oczywiście nowe zadania, ale nikt nie zwolnił nas z pytania, czy chcemy być Polakami ? A jeśli tak, to – mówiąc słowami Romana Dmowskiego – jakie mamy dziś obowiązki polskie? To pytanie dotyczy także Polaków żyjących poza granicami kraju. Jestem senatorem RP, członkiem komisji ds. kontaktów z Polonią i Polakami na Wschodzie, jestem profesorem, historykiem, w tym redaktorem naczelnym miesięcznika „W sieci historii”, także działaczem społecznym. Jeśli którakolwiek z tych ról może być Polakom na emigracji przydatna, to proszę o kontakt. Chętnie wypełnię swoje obowiązki, byśmy lepiej poznając własne dzieje, dawali o nich świadectwo, pomagali Polsce w jej współczesnych zmaganiach, a zatem stawali się lepsi.

Źródło: http://www.dziennik.com/publicystyka/artykul/wygralismy-ten-boj-o-pamiec